POWROTY DO SZKOLNYCH ŁAW

Po pierwsze, nadchodzi okres kanikuły, czyli opuszczania ław, a ja tu z takim tytułem, a po drugie, uczestnikom powinno się zabronić relacji z takich spotkań. Ale skoro nie, to wyciągam zwitki ze ściągami, skąd się da, niczym na maturze. A tam: pół wieku, z tego (z grubsza) pół – w wieku XX, a pół – XXI. I zaczyna się problem, zwłaszcza, kiedy się nie do końca ufa matematyce: bo rodzi się pytanie: która połowa jest większa, a która lepsza? Już się nie dziwię, że nikt nie chciał tego ani rozstrzygnąć, ani opisać.

 

50 lat – aż mnie kusi, tak dla dostojności chwili, żeby przynajmniej cyfrę zapisać po łacinie. Wprawdzie  wymigałem się od klasy z językiem Rzymian, ale to przecież proste, skoro liceum to: L. Łatwo udawać lekkość bytu, kiedy się wcześniej sprawdziło. Wyniesione ze szkoły czy z życia? Można nie odpowiadać, i tak nie ma za to żadnej nagrody.

Ja tu sobie gadu, gadu, a czas leci, podczas gdy program iście na 50 godzin (przezorni zarezerwowali sobie hotel). W telegraficznym skrócie: msza u św. Marcina odprawiana, no jakże, przez x. Tadeusza (z klasy B) w asyście Henia, kolegi z tejże, i Andrzeja (z klasy A). Rzucam oko na jeden z witraży – tak, ten w błękitach i fioletach rysowałem na lekcji wychowania plastycznego (były takie czasy), a z „ambony” (wiem, że się zmieniło, ale na szczęście w tej świątyni przy odnawianiu wnętrza ją ocalono) płyną słowa radości, że aż tylu przybyło na jubileusz. Wielu z nas utwierdza się w „przykazaniu radości na każdy dzień” (jak to nie ma?, to powinno być”). Szkoda, że nie usłyszą o nim ci, których na spotkaniu nie ma, choć zdrowie całkiem spoko.

Nie ma co przeciągać – czas wreszcie zaglądnąć do LO, na którym tablica głosi, że jest to budynek dawnego hotelu łazienkowego ufundowany w 1876 roku przez Zofię z Branickich Potocką. My z kolei uczestniczymy w odsłonięciu tablicy wewnątrz budynku, poświęconej prof. Almie Trzebickiej, wieloletniej dyrektorce liceum i wychowawczyni klasy A. Krótka wizyta w „swoich” klasach; w klasie B listę obecności odczytuje ostatnia wychowawczyni, prof. Ewa Żukowska. Na podwórku, które nie to co kiedyś, gdy było ciasne i mroczne, wspólna fotografia i wizyta w odnowionej „Japonce”, budynku służącym swego czasu jako lokum dla wielu nauczycieli. Przyspieszamy kroku, choć rzut beretem, i wchodzimy w przyjemny cień parku wokół Pałacu Zdrojowego, naszej mety.

***

Atrakcji co niemiara – rodem z najczarniejszych snów: ponowne zdawanie matury z polskiego, matematyki, geografii. W trosce o życie kolegów, którzy to wymyślili (odpowiednio: Włodka, Zbyszka i Janusza) pytam, czy jest tu jakaś ochrona, bo z pewnością przyda się do ochrony osobistej pomysłodawców. Buduję grozę, jak mogę, a tu już po pierwszym egzaminie słyszę werdykt: Wysokiej Komisji (prof. Maria Ostrowska): celująco, co w wolnym tłumaczeniu być może oznacza: no cóż, jesteście jeszcze bardziej dojrzali.

 50 lat – krótko mówiąc, trochę się przez te pół wieku zmieniło. Wtedy to oni, nasi nauczyciele zadawali pytania. Teraz, niestety, my – tyle że nie im (to byłoby w miarę proste), ale sobie.

W zamierzeniach organizatorów, samozwańczej Grupy Inicjatywnej przewidziane były jeszcze inne tortury, na przykład konkurs na wieszcza, czyli układanie „lepiejek” (rymowanek z wyrazem „lepiej”). Lepiej, żeby się nie odbył, przeszło mi przez myśl i z obawy, że nikt do niego nie przystąpi, a miałem być jurorem, przygotowałem (oczywiście, że zmyślone) zastępcze teksty:

lepiej żeby marynarze

a nie statek był pijany

Arthur Rimbaud (1871)

 

lepiej śniadanie na trawie

niż od razu po zabawie

Édouard Manet (1863)

 Na szczęście, z nadmiaru wydarzeń i emocji, czyli klęski urodzaju do konkursu nie doszło, nie musiałem  więc wysłuchiwać komentarza (też zmyślonego) typu: Nie dosyć, że starocie sprzed półtora wieku, to jeszcze ich rzekomi autorzy nie zechcieli się pojawić osobiście. Na nic by się zdały tłumaczenia, że to koledzy po fachu, do tego spotkanie, dla niektórych, zakończyło się około szóstej, a więc tuż przed śniadaniem.

***

11 czerwca, w pięknych okolicznościach Pałacu Zdrojowego, gdzie gościła nas Lidzia, angażując do pomocy rodzinę (Kasię, Olę i Bartka), dzień pogodny, ciepły – jedni zauważą: szczęściarze, aura im sprzyjała, inni, dostrzegam wielu: to magia spotkania, zwykłych rozmów, zagadania do koleżanki czy kolegi, z którymi trzeba było przez cztery lata „dzielić trudy dochodzenia do dojrzałości”, a których od kilku czy kilkunastu lat (bywa, że dłużej) w ogóle się nie widziało.

Oczywiście, jak to przy jubileuszach, były słowa i sprawy wielkie, jednak dla wielu najcenniejsze były te zwykłe, mniej dostojne – po prostu „tylko” ciepłe, które najdłużej zapadają w pamięć, z autentycznych rozmów, spontanicznych wspomnień, ulotnych spojrzeń, kiedy wszystko rozbrzmiewa inaczej, bo piosenkę ktoś śpiewa obok, a nie odsłuchujesz jej z głośnika, gdy w muzyce czujesz nawet dotyk klawiszy. Można było sobie o tym przypomnieć słuchając duetu Beaty Horwat (vocal) i Wiesława Gertnera (piano). Jak tu się nie rozczulić, kiedy piosenki przeważnie w naszym wieku, a czasem starsze, do tego z repertuaru takich gwiazd jak Sława Przybylska, jedna z tego zacnego, krzeszowickiego grona „Pałacowych dzieci”.

fot. Olga Żbik

A propos muzyki, zabrakło tylko Czarnych kotów, aczkolwiek nawiązanie było, tyle że nie w postaci piosenek licealnego, żeńskiego ansamblu, lecz delikatnych procentów w chilijskim winie, specjalnie wyszukanym na tę okazję przez Basię (z Ameryki. Za to była niezła literatura – wielu z uczestników (powiedzmy, dobrowolnie, żeby nie wytykać przemocy ze strony organizatorów) chwyciło za pióra (na pewno za pióra, bo w całej publikacji widać ślady kleksów) i tak powstało stustronicowe wydawnictwo, które przyszło mi zredagować, a synowi – Sławkowi graficznie oprawić, zatytułowane „Powroty do szkolnych ław. Maturzyści 1972”. Wspomnienia, nostalgie, refleksje, fotografie (w tym z archiwum Staszka, animatora spotkania przed pięciu laty). Nie wymigali się nawet nasi Profesorowie. Można powiedzieć: atrament polał się strumieniami.

 

50 lat po maturze. Niezwykły wieczór, jedni wznosili toasty, inni – nad rozświetloną taflą wody – gwiazdy czy lampiony, odbite w parkowym akwenie. Kto by tam liczył, z pewnością było ich, jak nas, także ponad 50.

Krzysztof Ślusarczyk